Marzec 2016

Babeczki śniadaniowe

image

Przyznaję szczerze, że jestem skłonna wstać przed budzikiem i wyjść z domu biegać. Często bieganie czy joga „na czczo” poprzedzone są węglowodanową kolacją. Stad ten przypływ energii z rana bez śniadania. Bardzo dbam o odżywianie, szczególnie około treningowe, bo to procentuje rezultatami czerpanymi z ćwiczeń, ale tak jak wspomniałam zdarza mi się po prostu wyjść rano na 30min truchtania przed porannym posiłkiem. Wojtek nie wyobraża sobie wyjścia nawet na najlżejszy trening na czczo. Choćby w najpiękniejszych okolicznościach przyrody musi być po śniadaniu. To on, po raz kolejny, był inspiracją dla dzisiejszego przepisu.

Nie zawsze jest odpowoednio dużo czasu na trawienie przed porannym treningiem. Nie zawsze też po przebudzeniu mamy ochotę na typowe, obfite śniadanie. Z pomocą przychodzą muffinki, które najpierw pożeramy wzrokiem, a później zabieramy się za właściwą, mechaniczną obróbkę trawienną ?

image

Potrzebne:
– 3 banany
– 3 jajka
– 2 łyżki mąki kokosowej
– 2 łyżki mąki kasztanowej
– 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
– Olej kokosowy do wysmarowania foremek (bardzo polecam TEN)
– 30g żurawiny

image

Wykonanie:

1. Jajka rozbiłam i blendowałam w mikserze.

2. Do jajek dodałam banany, mąkę kokosową, kasztanową, proszek do pieczenia. Ponownie miksowałam na płynną masę.

3. Foremki wysmarowałam delikatnie olejem kokosowym. Mój ulubiony, o pięknym zapachu to (TEN).

4. Masę wlałam do foremek (pamiętajcie, że babeczki urosną). Na wierzchu ułożyłam pokrojoną drobno żurawinę.

5. Piekłam 25min w 180st.

image

Wielkanocne pralinki

image

W tym roku brakło czasu na eksperymenty w kuchni. Święta, jak co roku, spędzam u rodziców. Mama i babcia są wzorowymi paniami domu (po kimś to mam! :D) więc nie ma obaw, by czegokolwiek zabrakło na świątecznym stole. Patrząc na świąteczne wypieki babci postanowiłam na ostatnią chwilę zrobić sernik po mojemu. Niestety zabawa z psem i rozmowa z rodzicami pochłonęła mnie tak bardzo, że zapomniałam o smakołyku, który wstawiłam do piekarnika. Na ratunek przyszły bakalie, z których do północy skręciłam pralinki. Nie ma żalu po serniki, bo te są genialne!

Potrzebne: 

– 1 paczka daktyli

– 1 paczka orzechów nerkowca

– 2 łyżki macy, opcjonalnie, nada bardziej orzechowego smaku (produkt znajdziecie TU)

– 2 łyżki oleju kokosowego

– 1 łyżeczka stewii

– cynamon, sezam, wiórki kokosowe, kakao

Wykonanie:

1. Daktyle i orzechy namocz w gorącej wodzie. Ja zazwyczaj zostawiam na kilka godzin albo na noc.

2. Daktyle blenduj z orzechami, stewią, macą i olejem koko.

3. Powstałą masę podziel na 4 części. Z każdej powstaną kuleczki w innym smaku.

– CZEKOLADOWE: dodaj do masy kakako. Ulep kuleczki i obtocz je w pudrowym kakao.

– CYNAMONOWE: z masy ulep kulki i obtocz je w cynamonie.

– BOUNTY: do masy dodaj wiórki kokosowe. Na koniec obtocz dodatkowo w wiórkach koko.

– SEZAMOWE: do masy dodaj tahini. Obtocz w białym sezamie.

4. Wstawiamy do lodówki na 2-3 godziny. Choć można zjeść od razu i tak zazwyczaj bywa, nie ukrywam ?

To jest pycha!

Sernik poleciał ze mną w kulki, a ja mu się dziś odegrałem szybkim przepisem na równie pyszny deser bez pieczenia ?

Wspanialych świąt!

Bieganie, a jelita

image

Wiem, że na ten post niektórzy czekali długo. Nie napisałam go wcześniej tylko dlatego, że musiałam mieć potwierdzenie w rzeczywistości, by powiedzieć Wam, czy ta magia dbałości o jelit działa. Wczoraj przebiegłam w Lizbonie swój pierwszy półmaraton i o ile dla głowy i nóg mogłam podkręcić tempo znacznie to nie zrobiłam tego właśnie ze wzclędu na jelita.

Przygotowując sie do debiutu w półmaratonie nie walczyłam na treningach o wypracowanie siły biegowej i szybkości tak bardzo jak o wyprowadzenie moich problemów z jelitami na prostą. O roli jelit w naszym organizmie przeczytacie TU.
Może wydawać się to bardzo dziwne, bo przecież o to w tym sporcie chodzi, by jak najszybciej dobiec z punktu A do punktu B. Wierzcie mi, że stan zdrowia naszego układu pokarmowego ma jednak przeogromne przełożenie na uprawianie sportu. Dla przykładu, niedawno Henryk Szost (najlepszy polski maratończyk) zszedł z trasy w Japonii na 17km z powodu bólu żołądka. Ten facet to nie amator, on wie co robi. Nie ma możliwościw, by w czasie przygotowań czy przed startem zjadł cos co mu zayczajnie zaszkodzi, „bo wcześniej nie przetestował.” On pracuje z wykwalifikowanymi ludźmi na całym świecie, którzy dbają o jego formę jak o własne dzieci. To żywa maszyna, a jednak…

image
Jeszcze kilka miesięcy temu mimo dbałości o to co jem i jak się regeneruję miałam okropny problem, by poprawić swoje biegowe wyniki. Ilekroć wychodziłam, by pobiegać około 10km mój żołądek i jelita dawały mi sie ostro we znaki. Po prostu nie! Głową mogłam pokonywać królewskie dystanse, nogi i ręce wzmocnione treningiem siłowym nic nie czuły, ale cały środek płonął z bólu, a ja stawałam się sfrustrowana. Czasami próbowałam z tym walczyć na siłę podczas biegu, na czczo, ale to było okropnie ciężkie, bo sił w pewnym momencie brakło. Mocno walczyłam z tą słabością, ale problem tkwił zupełnie gdzie indziej.
Leczenie. Nim trafiłam do całej „bandy” dietetyków, którym zawdzięczam na prawdę wiele jesli chodzi o zdrowie i WIDZĘ, którą teraz posiadam, przerobiłam szpitale, badania i kombinowałam z dietą od bezmięsnej po raz jeszcze kulturystyczna (ta wydaje sie juz chyba najczystsza). Nici z tego wszystkiego. Brzuch bolał, był wzdęty, a ja nawet przy drastycznym spadku wagi wciąż czułam sie fatalnie. Badaliśmy hormony tarczycy, żołądek, obecność grzybów i pasożytów. Według norm wszystko wychodziło ok. Wszystko prócz JELIT, które zostały totalnie pominięte!
Rozwijając sie w polu dietetyki trafiłam na kilka osobistości, które zaczęły otwierać mi oczy. Ola Garbacz, dzięki za kopa w dobrym kierunku! Kiedy usłyszałam, że pomidory mogą być dla mnie złem, pomyślałam – „szamanka jakaś, czy co?!” Kuba Mauricz, Ajwen, Olga Mitura, MedFood, Ania Lewandowska, Monika Skuza to tylko część osób, które dały mi bardzo solidna bazę i rozeznanie w tym, co kocham – zdrowe odżywianie.
NIKT NIE ZADBA O CIEBIE LEPIEJ NIZ TY SAM! To należy zapamiętać jak amen w pacierzu. Nawet kiedy żyjesz na gotowej rozpisce od dobrego dietetyka to wciąż TY obserwujesz i reagujesz wcześniej. Dlatego ja zawsze pozostaje w kontakcie z osobami, które prowadzę.

Musiałam brać sprawy w swoje ręce i przede wszystkim zgłębić informacje, które później wdrożę w działanie. Jestem takim troche tyłem FBI, jak coś mnie męczy to wykopię rozwiazanie spod ziemi. Pojawiły sie terminy typu dokwaszenie żołądka (znajdziecie kilka słów o tym TU), probiotyki, prebiotyki, suplementy, nieszczelne jelito, depresja, insulinooporność, hashimoto, nietolerancje pokarmowe i cała gama innych schorzeń mniejszych lub większych, która prowadziła do jednego wątku – zdrowych jelit.
Podjęłam współpracę z dziewczynami z Poznania, wykonałam badania, wprowadziłam dietę eliminacyjną, odrzuciłam na jakis czas trenowanie w dużej ilosci. Było to bardzooo ciężkie i jeszcze bardziej konieczne. Z perspektywy czasu widzę, że nie było łatwo, ale nie o to w życiu chodzi, by robić coś na siłę i ponad siły.

NABRAŁAM NA SWOIM PRZYPADKU OGROMNEGO DOSWIADCZENIA. Minęły 3-4 miesiące kuracji probiotycznej, dobrej diety i powoli wracałam do żywych. Nie podam tu nazw konkretnych produktow jakie pomogły, bo po pierwsze ustala sie je indywidualnie po wykonaniu badania kału, a po drugie każdy jest inny i służą mu inne produkty żywieniowe, ktore wchodzą ze sobą w liczne reakcje.
Nadal trzymam zasady jesli chodzi o odżywianie (nie, nie jest to restrykt ani konieczność, bardzo dobrze mi z tym). Wciąż przyjmuje leki choć czuje się już na prawdę bardzo dobrze. Czasem cos zaszkodzi, ale cóż, zdarza się każdemu.

 image

image

Własnie pokonałam swoj pierwszy oficjalny półmaraton, ZDROWA, bez jakichkolwiek kłopotów ze strony układu pokarmowego. Na trasie było idealnie. Przyjął się żel, ładowanie węglowodanów przebiegło sprawnie, a ja nie bałam się na mecie zjeść posiłku regeneracyjnego przygotowanego poza domem.

image

  Na dzień dzisiejszy to jest dla mnie sukces! Fakt, że wracam do sportowego życia cała soba. Pora na lepsze wyniki przyjdzie prędzej czy później! Najważniejsze jest zdrowie, „ten tylko je ceni, kto je straci”.

Zobaczyłam z czym się je bieganie 21,097, wiem, ile jestem w stanie wytrenować i teraz dopiero mogę starać sie o regularne polepszanie mojej formy biegowej. Określenie realnego priorytetu ma znaczenie!

Czekoladowy sernik

image

Bardzo słoneczna niedziela. Dzień wolny od pracy i cięższych obowiązków, dodatkowo rest day po wczorajszych 23km biegu. Odliczam dni do wyjazdu na długo wyczekiwany urlop do Portugalii. Chwytam za przewodnik po Lizbonie, siadam na kanapie i nagle robi się w tej bajce fotografii tak słodko, że musiałam okiełznać moje podniebienie czymś smacznym, ale bez wyrzutów sumienia. Postanowiłam upiec ciacho i szczęśliwym trafem padło na sernik, a żeby było na bogato to w dodatku o smaku czekoladowym ?

Oczywiście bez glutenu, cukru i laktozy (twaróg bez laktozy), a jeśli chodzi o nabiał (od razu mówię, że ser możecie zastąpić tofu) to zjadam go sporadycznie, taki rodzaj cheata ?

image

Potrzebne:

– 1 kostka twarogu

– 2 całe jajka

– 2 banany

– 2 łyżki kakao naturalnego

– 100ml mleka kokosowego

– 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

– 2 łyżki mąki kokosowej

– 1 łyżeczka stewii (polecam TEN produkt dobrej jakości)

– olej kokosowy (ja wybrałam TEN)

Wykonanie:

1.  Jajka, twaróg, mleko kokosowe ubij na gładką masę.

2. Do masy dodaj suche produkty, proszek, stewię, mąkę, kakao i miksuj piwonie w blenderze.

3. Foremkę posmaruj delikatnie olejem kokosowym i wylej ciasto.

4. Piecz 25min w temp. 180st.

 imageimage

Dbajmy o to co mamy!

1930228_10204659100436021_7979118081193912339_n

Ostatnio mam nawet lekkie wyrzuty sumienia, że nie potrafię przelać nadmiaru myśli na bloga. Tyle aspektów chciałabym poruszyć, ale dziś poddaję się znowu impulsowi i piszę o to, co na serduchu.

„Wczoraj znowu widziałam bardzoo szczupłą dziewczynę z pudełkiem jedzenia na wynos z McDonaldsa, batonikiem czekoladowym i kubłem coli.”
Może ja powinnam zmienić sposób odżywiania właśnie na taki i wtedy będzie IDEALNIE?!

Godzinami można rozwijać ten temat. Wystarczy wyobrazić sobie powyższą sytuacje i w głowie od razu powstaje wrzawa! Niesprawiedliwość! Takie geny! Czemu ja tak nie mam! Życie nie pieści! – temat rzeka.
Wałkowałam go nie raz i wciąż, jak widać, można wysuwać kolejne wnioski, do czego Was serdecznie zapraszam, bo chętnie poznam Wasze zdanie.

Co rozumiem przez słowo idealnie?!
Nie martwcie się, że tylko wy miewacie momenty, że chce się rzucić zdrowe odżywiania i całą tą otoczkę spotykając na ulicy przypadki z powyższego przykładu. Ja tak mam, Ty tak masz, Kaśka i Baśka też tak mają. Niestety muszę Was rozczarować i poprosić byście wierzyli mi na słowo, że ideały nie istnieją. To jest moja definicja. Ideał to coś, co nie istnieje, a za czym gonimy jak głupi.
To marchewka na kiju. Widzę, wyobrażam sobie jej smak, wyznaczyłem cel, więc teraz biegnę jak oszalała, by ją zdobyć.
Czytam sporo książek i artykułów coachingowych, o motywacji i zdrowiu. Odwiedzam blogi, na których temat dążenia do doskonałości fizycznej przerabiany jest w niezliczonej liczbie postów. Wydaje mi się, że im więcej takich zapisków czytam tym więcej rozumiem i uświadamiam sobie jak bardzo zmieniło się moje podejście. Jak bardzo nie chce mi się nawet spotykać tych „idealnych” w swoim mniemaniu.

Zdrowie
Zaprzyjaźnieni dietetycy powiedzieli mi kiedyś, że nawet profesjonalni sportowcy, (tak, Ci podziwiani przez świat grubych mediów i kreowano na „ideały”) mają swoje kompleksy, a we współpracy z dietetykiem zawsze podkreślają, że musi zważać na ich WYGLĄD!
Jest ważny, nie powiem, że nie, ale jak zwykle jest jakaś granica, które nie warto przekraczać! Nic kosztem zdrowia. Uważajmy, by drastyczne dążenie do mało realnego celu wizualnego nie skończyło się poważnymi kłopotami ze zdrowiem. Chyba nie o to nam chodzi, by zamiast cieszenia się efektem WOW biegać po lekarzach w poszukiwaniu pomocy dla wyjałowionego organizmu. Kochaj swoje ciału, dbaj o nie, a ono w najlepszy sposób odwzajemni Tobie tę opiekę.

Granica
Tata zawsze powtarzał, że od miłości do nienawiść jest cienka, ale ja uważam, że zdrowy rozsądek i przesadę też dzieli maleńki krok. To co często widzimy w lustrze poddajemy od razu myśli „do poprawki”, a czemu by tego myślenia nie odwrócić?
Akceptuj to co masz, zawsze wysuwaj inicjatywę z dobrem dla Ciebie! Nikt nie zadba o Ciebie lepiej niż Ty sam! Oczywiście, że wprowadzaj zmiany jeśli są konieczne, docieraj się z własnym ego, ale bazuj na zdrowym rozsądku i opinii zaufanych Tobie ludzi, którzy powiedzą, czy już przypadkiem nie przesadzasz z tym co robisz.
Próbowaliście kiedykolwiek rozmawiać z osobą, która cierpi na brak samoakceptacji?! Bardzo ciężko obdarować ją komplementem, a nawet bywa to niewykonalne…

c7d5c2c548892ce52fbe3afacf234a09

RÓB SWOJE, PRACUJ UCZCIWIE W CISZY, A EFEKTY SAME ZROBIĄ HAŁAS
Czasem po prostu jak patrze na podłość jaka wypływa od ludzi mam dość. Wtedy rozumiem sytuacje tych, którym wydaje się, że tak wiele brakuje im do tych niedoścignionych, pięknych, stojących na świeczniku.
Mamy w głowie tyle ograniczeń, chcemy żeby wszystko było tak doskonale, że aż przytłaczające.

Człowiek nie jest doskonały. Pozwolę sobie nawet powiedzieć, że człowiek nie stał nawet obok doskonałości, bo nigdy nie stał obok Boga! Złudnie wierzymy, że przebijemy się przez mgłę osiągnięcia doskonałości, którą siła wyższa w jednej sekundzie może rozdmuchać nam przed nosem. Tuż przed tym jak wydaje nam się, że trzymamy ją w ręku zwyczajnie się rozmazuje.
Jednym skinieniem palca cofani jesteśmy do punktu 0.
Przeczytałam gdzieś zdanie, które teraz sparafrazuję, że jeśli mamy w głowie pomysł, by osiągnąć w życiu doskonałość to powinniśmy spojrzeć w lustro i głośno się zaśmiać z samych siebie.

DBAJMY O TO CO MAMY!

A to było tak…

image

Obiecałam ten post jakiś czas temu i w końcu udaje mi się z niego wywiązać. Musicie mi wybaczyć obsuwkę  czasową, ale liczba regularnych treningów zwiększyła się, a godzę je z obowiązkami dnia codziennego. Bywają trudne dni.

Jak to jest z tym bieganiem, już wszytko wyjaśniam. Otóż, zawsze lubiłam potruchtać, ale bieganie nie było aktywnością dominująca w moim fit świecie. Krótsze miejskie przebieżki przeplatały się z większą ilością pokonanych kilometrów podczas pobytu na Mazurach. Tak było.

Skąd nagle takie bum? Mogłabym powiedzieć, że z nieba i wcale bym nie skłamała, ale pewnie ta odpowiedź nie jest satysfakcjonująca. Rok temu pracowałam w Sklepie Biegacza. Byłam odpowiedzialna za dział marketingu i rozwoju sekcji fitness, ale myśl przewodnia marki to jednak BIEGANIE! Otoczona masą zakręconych na tym punkcie ludzi nie mogłam się nie zarazić. Kilometrarz stopniowo wydłużał się, wiedza odnośnie trenowania poszerzała się, a dodatkowo przybyło mi nie byle jakiego towarzystwa do biegania. Jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi o miłość. Wojtek biega, żyje bieganiem, mówi o bieganiu, pisze i czyta o bieganiu, relaksuje się w biegu, biega sam i JEST WSPANIAŁYM TRENEREM. Nic więc dziwnego że przy moim ADHD i jego doświadczeniu nasz Januszowy, długo wyczekiwany urlop z wakacji w tropikach przerodził się w plan wyjazdu na półmaraton.

image

A skoro jest już pakiet, to biegnę! Niby nic, a tak to się zaczęło. Niby nic, zwyczajne…już nie takie pam pam pa. W zeszłym tygodniu podczas 18km treningu po prostu stanęłam ze łzą w oku i powiedziałam „Mam dość, gdzie w tym przyjemność? Tak mam spędzić swój urlop?”. Bez ogródek usłyszałam szczerą odpowiedź Wojtka, że granica przyjemnego biegania się kiedyś kończy i chyba właśnie zaczynam jej doświadczać. Jeśli mamy w zamiarze start to należy liczyć się z bólem, ciężką pracą i brakiem przyjemności. Inaczej byłoby za fajnie, jak to w życiu.

Pisząc dzisiejszy post jeszcze nie do końca zdaję sobie sprawę z tego co mnie czeka za 2 tygodnie (tu proszę o kciuki), ale jestem dobrej myśli. Okazało się, że sportowa codzienność bardzo przydała się w treningach biegowych. Ciężko przepracowałam zimę, przyznaję bez ściemy, że bywały łzy zarówno szczęścia (po pierwszych 15km w tempie 5:15) jak i płacz z bólu (otarcia, bóle nóg, zmęczenie). Robiłam to wszystko bardzo świadomie i z uwagą na zaprzestanie jeśli tylko stwierdzę, że nie chcę. Nie chodzi o to by cierpieć, ale by przełamywać w sobie granice i dążyć do celu stopniowo. WYPRACOWANY SUKCES SMAKUJE NAJLEPIEJ! To po prostu moje życiowe, sportowe wyzwanie. Kolejne, a będzie ich znacznie więcej. Na dzień dzisiejszy cyfry na zegarze, które tak uwielbiamy, mówią same za siebie – jest progress. Trener dał zielone światło. Mogę wystartować. I tu UWAGA, robię to bez spiny, parcia na czas i obawy o porażkę.

Niejednokrotnie podkreślałam, że kocham różnego rodzaju aktywność. Zabawa w sport sprawia mi przyjemność i nie chcę ograniczać się do jednej dyscypliny. Moje ciało kocha ruch, a ja kocham moje ciało za to, ile stwarza mi ku temu możliwości. TO TRZEBA ODKRYĆ, TO PRZYCHODZI Z CZASEM! Nie po tygodniu, nie po dwóch, czasem po kilku ładnych latach. W sporcie nie będę zawodowcem, liczę się z tym, ale jestem trenerem i z tym wiążę swoją przyszłość. Dlatego tak jak w zawodach fitness bikini doświadczałam całego procesu przygotowań, by świadomie przekazywać swoją wiedzę jako trener personalny tak i tu przepracowałam okres przygotowujący do startu, by wiedzieć jak pracować z organizmem biegacza.

To wszystko ma silne powiązanie z odżywianiem. Muszę wiedzieć jak to działa w praktyce, żeby postawić się w sytuacji osoby, która przychodzi do mnie po poradę trenerską i dietetyczną. Zza biurka wygląda to znacznie bardziej kolorowo. Wtedy nie znamy uczucia ściśniętego żołądka po ciężkim treningu, drastycznego spadku wagi bądź frustrujących braków efektów, humorków i zjazdów, ale też euforii kiedy dieta w połączeniu z  treningiem daje nam kopa tak potężnego, że czujemy jakbyśmy mieli wzbić się w przestworza. TO JEST PIĘKNE, TO MNIE TAK CIESZY W MOJEJ PRACY!

Oczywiście nie robię tego tylko i wyłącznie na potrzebę doświadczania, ale również z ogromną przyjemnością. Wiele razy zabierałam się za bieganie, stale od nowa próbowałam przygotować się na własną rękę do jakiegoś startu i pełzło to na niczym. To brakło paliwa, to czasu, to kontuzja. Brzmi znajomo? Tym razem postawiłam na profesjonalizm. Nie muszę być mistrzem świata w tej dyscyplinie, tacy mnie jedynie motywują, by pracować jako trener i dietetyk z podopiecznymi. Każdy z nas od czegoś zaczyna i ma inne priorytety. Ważne by się nie poddawać i podejmować w życiu ryzyko ciężkiej pracy, która zaowocuje nagrodą w postaci chociażby przebiegniętych zdrowo zawodów.

TRENUJ ŚWIADOMIE i Z PRZYJEMNOŚCIĄ! TRENUJ W CISZY, NIECH EFEKTY ROBIĄ HAŁAS! :)