A to było tak…

image

Obiecałam ten post jakiś czas temu i w końcu udaje mi się z niego wywiązać. Musicie mi wybaczyć obsuwkę  czasową, ale liczba regularnych treningów zwiększyła się, a godzę je z obowiązkami dnia codziennego. Bywają trudne dni.

Jak to jest z tym bieganiem, już wszytko wyjaśniam. Otóż, zawsze lubiłam potruchtać, ale bieganie nie było aktywnością dominująca w moim fit świecie. Krótsze miejskie przebieżki przeplatały się z większą ilością pokonanych kilometrów podczas pobytu na Mazurach. Tak było.

Skąd nagle takie bum? Mogłabym powiedzieć, że z nieba i wcale bym nie skłamała, ale pewnie ta odpowiedź nie jest satysfakcjonująca. Rok temu pracowałam w Sklepie Biegacza. Byłam odpowiedzialna za dział marketingu i rozwoju sekcji fitness, ale myśl przewodnia marki to jednak BIEGANIE! Otoczona masą zakręconych na tym punkcie ludzi nie mogłam się nie zarazić. Kilometrarz stopniowo wydłużał się, wiedza odnośnie trenowania poszerzała się, a dodatkowo przybyło mi nie byle jakiego towarzystwa do biegania. Jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi o miłość. Wojtek biega, żyje bieganiem, mówi o bieganiu, pisze i czyta o bieganiu, relaksuje się w biegu, biega sam i JEST WSPANIAŁYM TRENEREM. Nic więc dziwnego że przy moim ADHD i jego doświadczeniu nasz Januszowy, długo wyczekiwany urlop z wakacji w tropikach przerodził się w plan wyjazdu na półmaraton.

image

A skoro jest już pakiet, to biegnę! Niby nic, a tak to się zaczęło. Niby nic, zwyczajne…już nie takie pam pam pa. W zeszłym tygodniu podczas 18km treningu po prostu stanęłam ze łzą w oku i powiedziałam „Mam dość, gdzie w tym przyjemność? Tak mam spędzić swój urlop?”. Bez ogródek usłyszałam szczerą odpowiedź Wojtka, że granica przyjemnego biegania się kiedyś kończy i chyba właśnie zaczynam jej doświadczać. Jeśli mamy w zamiarze start to należy liczyć się z bólem, ciężką pracą i brakiem przyjemności. Inaczej byłoby za fajnie, jak to w życiu.

Pisząc dzisiejszy post jeszcze nie do końca zdaję sobie sprawę z tego co mnie czeka za 2 tygodnie (tu proszę o kciuki), ale jestem dobrej myśli. Okazało się, że sportowa codzienność bardzo przydała się w treningach biegowych. Ciężko przepracowałam zimę, przyznaję bez ściemy, że bywały łzy zarówno szczęścia (po pierwszych 15km w tempie 5:15) jak i płacz z bólu (otarcia, bóle nóg, zmęczenie). Robiłam to wszystko bardzo świadomie i z uwagą na zaprzestanie jeśli tylko stwierdzę, że nie chcę. Nie chodzi o to by cierpieć, ale by przełamywać w sobie granice i dążyć do celu stopniowo. WYPRACOWANY SUKCES SMAKUJE NAJLEPIEJ! To po prostu moje życiowe, sportowe wyzwanie. Kolejne, a będzie ich znacznie więcej. Na dzień dzisiejszy cyfry na zegarze, które tak uwielbiamy, mówią same za siebie – jest progress. Trener dał zielone światło. Mogę wystartować. I tu UWAGA, robię to bez spiny, parcia na czas i obawy o porażkę.

Niejednokrotnie podkreślałam, że kocham różnego rodzaju aktywność. Zabawa w sport sprawia mi przyjemność i nie chcę ograniczać się do jednej dyscypliny. Moje ciało kocha ruch, a ja kocham moje ciało za to, ile stwarza mi ku temu możliwości. TO TRZEBA ODKRYĆ, TO PRZYCHODZI Z CZASEM! Nie po tygodniu, nie po dwóch, czasem po kilku ładnych latach. W sporcie nie będę zawodowcem, liczę się z tym, ale jestem trenerem i z tym wiążę swoją przyszłość. Dlatego tak jak w zawodach fitness bikini doświadczałam całego procesu przygotowań, by świadomie przekazywać swoją wiedzę jako trener personalny tak i tu przepracowałam okres przygotowujący do startu, by wiedzieć jak pracować z organizmem biegacza.

To wszystko ma silne powiązanie z odżywianiem. Muszę wiedzieć jak to działa w praktyce, żeby postawić się w sytuacji osoby, która przychodzi do mnie po poradę trenerską i dietetyczną. Zza biurka wygląda to znacznie bardziej kolorowo. Wtedy nie znamy uczucia ściśniętego żołądka po ciężkim treningu, drastycznego spadku wagi bądź frustrujących braków efektów, humorków i zjazdów, ale też euforii kiedy dieta w połączeniu z  treningiem daje nam kopa tak potężnego, że czujemy jakbyśmy mieli wzbić się w przestworza. TO JEST PIĘKNE, TO MNIE TAK CIESZY W MOJEJ PRACY!

Oczywiście nie robię tego tylko i wyłącznie na potrzebę doświadczania, ale również z ogromną przyjemnością. Wiele razy zabierałam się za bieganie, stale od nowa próbowałam przygotować się na własną rękę do jakiegoś startu i pełzło to na niczym. To brakło paliwa, to czasu, to kontuzja. Brzmi znajomo? Tym razem postawiłam na profesjonalizm. Nie muszę być mistrzem świata w tej dyscyplinie, tacy mnie jedynie motywują, by pracować jako trener i dietetyk z podopiecznymi. Każdy z nas od czegoś zaczyna i ma inne priorytety. Ważne by się nie poddawać i podejmować w życiu ryzyko ciężkiej pracy, która zaowocuje nagrodą w postaci chociażby przebiegniętych zdrowo zawodów.

TRENUJ ŚWIADOMIE i Z PRZYJEMNOŚCIĄ! TRENUJ W CISZY, NIECH EFEKTY ROBIĄ HAŁAS! :)